7/02/2013
Korona Śniegu i Krwi - recenzja słuchowiska na portalu Patrimonium Europae
Na portalu Patrimonium Europae pojawiła się moja recenzja słuchowiska "Korona Śniegu i Krwi" na podstawie książki Elżbiety Cherezińskiej. Zapraszam do lektury oraz zapoznania się z działalnością Fundacji na rzecz Europejskiego Dziedzictwa Kulturowego „Patrimonium Europae”
Profil na facebooku
6/17/2013
Powrót gentlemanów.
Wywiad z p. Łukaszem Kielbanem, autorem bloga "Czas Gentlemanów"
O męskości mówi się ostatnio głównie w świetle jej kryzysu. Współczesnemu mięczakowi przeciwstawia się świetnie ubranego przedwojennego gentlemana, kierującego się honorem i szarmanckiego wobec kobiet. W całym zgiełku tego pomstowania o braku klasy i stylu polskich mężczyzn do mainstreamu przebijają się modowi blogerzy. Postanowiłem porozmawiać z autorem Czasu Gentlemanów, najciekawszego z męskich blogów – Łukaszem Kielbanem.Na pewno Czas Gentlemanów jest czasem przeszłym?
Nigdy nie twierdziłem, że jest przeszły. Początkowo faktycznie nazwa bloga odnosiła się do przeszłości. Pisałem głównie o dwudziestoleciu międzywojennym, a blog był popularnonaukowym serwisem historycznym. Obecnie nazwa zyskała nowe znaczenie. Ten "Czas" wcale nie minął, a na pewno wraca. Można powiedzieć, że teraz "Czas na Gentlemanów".
Przełamuje Pan negatywny stereotyp wyalienowanego naukowca nudziarza- zainteresowanie modą, atrakcyjna medialnie tematyka badawcza, blogowanie. Spotyka się Pan z jakimiś skrajnymi opiniami? Czy jest Pan pomawiany mimo wszystko o życie przeszłością?
Zawsze uważam, że naukowiec, nawet humanista, powinien zajmować się rzeczami, co do których jest pewien, że zmienią one jakoś świat na lepsze. Efekty moich badań wydały mi się nie tylko pożyteczne, ale też atrakcyjne dla osób spoza świata nauki, a że interesowałem się Internetem, naturalną drogą było założenie bloga. To był dla mnie sposób na dotarcie do odbiorców. Naukowców prawie nikt nie czyta, a ja nie chciałem pisać dla hermetycznego towarzystwa. Z opiniami środowiska naukowego praktycznie się nie spotykam. Coraz mniej mnie z nim łączy. Natomiast czytelnicy albo osoby stykające się z moją działalnością mogą mieć problem z zaszufladkowaniem mnie. Otwarcie zajmuję się perspektywą gender, badam konstruowanie męskiej tożsamości, mówię, że mężczyzna powinien być partnerem dla swojej kobiety, a do tego piszę o klasycznej męskiej elegancji, męskich wartościach sprzed dekad, honorze itp. Na tym polu spotykam się ze skrajnymi opiniami.
Co wyróżnia polskiego mężczyznę na tle Europy? Mam na myśli nie tylko czasy nam współczesne, ale całokształt naszych dziejów. Jesteśmy karmieni negatywnymi stereotypami wąsów i sandałów ze skarpetami, na prawdę jest z nami tak źle?
Będąc na stypendium w Hiszpanii dowiedziałem się czym różni się polski mężczyzna od włoskiego i hiszpańskiego - Polacy są bardziej uprzejmi dla kobiet, nie boją się kupować im kwiatów, tańczyć, być romantycznymi. Południowcy wolą być macho i odrzucają wszystko co miękkie. Chociaż pewnie generalizuję. Uważam, że wielką szkodę wyrządził nam komunizm. Jednak nie zapominajmy, że dobrymi manierami, elegancją i zadbanym wyglądem odznaczały się zawsze głównie elity. To mało prawdopodobne, żeby taka była większość społeczeństwa. Z drugiej strony wciąż brakuje nam dostatecznego dobrobytu by być większymi konsumentami, na wzór zachodnich narodów. Bogatsi na pewno ubieralibyśmy się lepiej i bardziej dbali o siebie. Jesteśmy z pewnością ambitni i spora grupa Polaków sięga po coraz lepsze wzorce. Dowodem może być chociażby popularność Czasu Gentlemanów i jemu podobnych serwisów.
Skąd ta cała nagonka na mężczyzn? Czy faktycznie aż tyle bijemy i pijemy? Czy Ferdynand Kiepski zamieni kapcie na loafersy?
Nagonka na mężczyzn to faktycznie zmora współczesnych mediów. Kiedy feministki walczyły o równe traktowanie, trzeba było mocno krytykować. My na to pozwalaliśmy, bo czuliśmy, że mają rację. Z czasem utarło się między innymi powiedzenie, że "prawdziwych gentlemanów już nie ma". Ja z kolei pytam "gdzie te damy?" i nie słyszę odpowiedzi. Przy czym społecznie udzielamy jakiegoś przyzwolenia na nagonkę na mężczyzn, a na kobiety już nie. To pewnie pozostałość po rycerskich gestach. Wracając do nas, uważam, że mamy trochę za uszami, ale gorsze jest to, że nie wiemy co z tym zrobić. Nie potrafimy rozmawiać o intymnych rzeczach, które nas trapią. To ma wiele negatywnych konsekwencji. Na dodatek media, zamiast dawać nam odpowiedź na pytanie "co robić?", wolą atakować. Potrzebne nam są pozytywne wzorce. Trzeba pokazać, że rozmawianie o naszych problemach nie jest niemęskie. To ważna praca nad sobą.
Pisał Pan o polskich kodeksach honorowych zaznaczając, że wiele ich zasad jest nie tylko anachronicznych, ale i niebezpiecznych (pojedynki). Powstanie kiedyś (lub powstał) zaktualizowany kodeks honorowy? Kto w ogóle mógłby taki traktat napisać?
Nasze wojsko stworzyło niedawno taki kodeks, ale wątpię w sukces tej publikacji. Przede wszystkim honor ma sens, jeśli dotyczy konkretnej grupy osób, która swoją pozycję zawdzięcza opinii o niej. Mogła go mieć elita społeczeństwa sprzed czasów demokracji. Chodziło o legitymizowanie swojej władzy przez podtrzymywanie wrażenia o wyższości tej grupy. Dzisiaj jesteśmy wobec siebie równi, więc nie potrzebujemy honoru. Nikt nie kontroluje czy nie plamimy dobrego imienia naszej grupy społecznej. Niestety pozbyliśmy się przy okazji dobrego powodu by cenić sobie niektóre wyższe wartości. Myślę, że w najbliższym czasie nie powstanie kodeks honorowy, który objąłby tak dużą grupę, jaką byli międzywojenni gentlemani. Uważam jednak, że powinniśmy stosować własne kodeksy: ustalać sobie wartości, których przestrzegamy i we własnym zakresie kontrolować siebie. To byłaby taka prywatna wersja honoru.
Czy dandys to metroseksualista a zwolennik szarych garniturów jest retro seksualny?
Nie lubię tych określeń. Nagonka na metroseksualistów sprawiła, że usprawiedliwiamy swoją abnegację modową i nie dbamy o własne ciało. To bardzo źle. "Retro" natomiast brzmi kuriozalnie w połączeniu z "seksualnością". Tego typu szufladki sprawiają, że odchodzimy od zainteresowania stylem. Myślę, że każdy mężczyzna powinien przykładać choć podstawową uwagę do swojego wyglądu. Przesada natomiast nigdy nie jest rzeczą dobrą. Niektórym niestety wydaje się, że strój czyni człowieka. Zdecydowanie wolę źle ubranego, ale dobrze wychowanego mężczyznę, niż pięknego eleganta, ale bufona.
Zajmuje się pan kontrowersyjnymi gender studies. Dla wielu niewtajemniczonych to tylko transseksualizm i prawa kobiet. Mógłby Pan w kilku słowach scharakteryzować główne kierunki badawcze historii męskości? Na gruncie polskim jest Pan raczej pionierem, jak to wygląda w międzynarodowym środowisku naukowym?
Dla mnie gender studies to perspektywa badawcza oferująca niezwykle ciekawe pytania naukowe dotyczące tożsamości, płci i władzy. Faktem jest, że początkowo zajmowały się tym tylko wojujące feministki i ruchy gejowskie. Z czasem jednak okazało się, że ich badania są interesujące nie tylko z politycznego punktu widzenia, lecz także naukowego. Za tematykę płci wzięli się naukowcy nie związani z żadnymi organizacjami i pokazali, że można się tym zajmować mniej subiektywnie (mniej, ponieważ nauka nigdy nie obiektywna). Powstały przełomowe prace, między innymi z zakresu męskości, które ukształtowały też moje spojrzenie na mężczyzn w przeszłości. Bez tego moje prace byłyby płytkie. Moim zdaniem gender brzmi groźnie jako niezależny wątek. Chciałbym, żeby kiedyś nasi naukowcy traktowali go jak zwykły, ważny czynnik w realiach społecznych, jak ekonomię, czy politykę. Wówczas nie trzeba by o nim w ogóle wspominać, tylko robić swoje.
W poprzednim wywiadzie, z członkiem grupy Ludola zapytałem o kulturowe miejsce Polski w świecie. Odwieczny spór czy jesteśmy Wschodem czy Zachodem wcale nie wydaje się dogasać. Polski gentelman, czy ten przedwojenny (obojętnie jakiej orientacji politycznej) czy też współczesny jest człowiekiem Wschodu czy Zachodu? Czy w ogóle na Wschodzie istnieje męska elegancja, czy to domena Zachodu?
Z pewnością wizerunki gentlemana ze Wschodu i Zachodu różnią się między sobą. Zawsze ciągnęło nas na Zachód. Model gentlemana importowaliśmy głównie z Wielkiej Brytanii. Trochę cech pochodzi z Niemiec, ale i Rosja miała spory wpływ. Wydaje mi się, że tworzymy coś swojego, ale bliżej nam do Zachodu niż Wschodu.
Bardzo dziękuję za wywiad i życzę dalszych sukcesów na polu naukowym i publicystycznym. Życzę także sobie i całej naszej męskiej populacji łatwiejszego dostępu do porządnej jakości butów i ubrań, w cenach dostosowanych do naszych kieszeni.
(Pan Łukasz w trakcie zabawy konwencją stereotypowego gentlemana)
6/10/2013
'Mimo wszystko jednak, dla mnie Polska to bardziej Wschód niż Zachód" - wywiad z Jankiem z grupy Ludola
W kręgach twórców muzyki neofolkowej najczęstsze inspiracje płyną z germańskiej tudzież celtyckiej kultury. Zamiłowanie do run i sample przemówień polityków III Rzeszy wydają się być nieodłącznym atrybutem tej stylistyki. Z postaci wymienianych jako inspirację znajdujemy Ernsta Jungera, Juliusa Evola, Corneliu Codreanu. Postanowiliście to zmienić? Niczego nie mieliśmy zamiaru zmieniać, zresztą w ogóle nie mieliśmy zamiaru wchodzić w żadną scenę neofolkową. Ludola zrodziła się jako pewna idea o jasno określonych środkach przekazu, i chociaż przez chwilę flirtowaliśmy z ich radykalną zmianą ostatecznie stanęło na prostych, akustycznych utworach podbarwionych ludowymi wtrętami; miało być wojskowo, żeby nie powiedzieć harcersko; miało być romantycznie, swojsko, rodem z wizji Kossaka, Grottgera czy Suchodolskiego, rodem z Przedwiośnia, Gloria Victis czy Wiernej Rzeki. Nie widziałem najmniejszego powodu, ażeby inkorporować do wizerunku runy czy niemieckość - po co? Szczerze nie rozumiem po co robią to te wszystkie kapele. Pół biedy, jeśli są jeszcze z Niemiec ale inne? Nasze inspiracje są czysto polskie, tutejsze. Nie interesowało mnie bajanie o starej Europie, a jedynie o starej Rzeczypospolitej. W ogóle, to niektórzy zdają się zapominać, że owa Europa to nie tylko runy i niemiecki język. Złośliwie mógłbym wytknąć, że przecież to Słowianie są największą grupą etniczną Europy.;] Zresztą, odkąd odkryłem neofolk praktycznie z miejsca zacząłem stronić od sceny zachodnioeuropejskiej, a w szczególności niemieckiej. Od razu skierowałem się na wschód, zwłaszcza w stronę Rosji. Również dzieła filozoficzne raczej nie miały na nas wpływu, chociaż z wymienionych przez Ciebie person od dłuższego czasu interesuje się postacią Corneliu Codreanu i jest on dla mnie pewną inspiracją na stopie prywatnej.
Nazwa "Ludola" została zaczerpnięta z twórczości Stanisława Szukalskiego? Co oprócz literatury jest dla was największą inspiracja?
Właściwie już na to odpowiedziałem wyżej, inspiruje nas polskość. Zarówno tradycje powstańcze, narodowowyzwoleńcze, jak i dawny splendor pierwszej Rzeczypospolitej; duch narodu polskiego, jego historia. Jak to ktoś ładnie nazwał - "narodowy romantyzm", więc może na tym polu mamy coś wspólnego z tym całym neofolkiem, tylko my bajamy sobie o starej Polsce, a oni Europie.;]
A nazwa istotnie została wzięta od Szukalskiego. Ludola był kowalem wykuwającym Słowianom dusze; to idealnie pasowało do koncepcji - może nie wykuwania dusz, ale prób przekuwania ich na lepsze - z tego, co widzę, nawet nam się to udało w paru przypadkach.
Notatka prezentująca wasze dokonania pojawiła się także na portalu nacjonalista. Utwór "Gdy Janeczek z wojenki wróci" bardzo nie spodobał się paru osobom, w jednym komentarzu padło nawet retoryczne pytanie czy nie ma rodzimych wzorców... Jak odnosicie się do tej całej otoczki "prawdziwości" typowej dla "zaangażowanej muzyki" i takiego naburmuszenia?
Tak, widziałem te komentarze. Nie wiem kim trzeba być, żeby nie zrozumieć naszego zamierzenia. Janek, Jaś, to postać powszechnie występująca w polskim folklorze, ale i kulturze w ogóle. Zwykle jest obiektem westchnień wiejskich dziewcząt, kochankiem, niespełnioną miłością. Często też idzie na wojenke, aby po śmierci być opłakiwanym przez tęskniącą za nim Kasieńkę. Historia Johnnego idealnie wpasowuje się w ten wzorzec; a jako, że zawsze ten utwór lubiłem, pomyślałem że zabawnie będzie przenieść ją na rodzimy grunt. Niestety, najwyraźniej za dużo wymagałem od słuchacza, a przecież czym innym jest ta historia jak nie "rodzimym wzorcem" do licha? Ktoś tam jeszcze narzekał, że tekst jest fatalnie przetłumaczony. Ten tekst w ogóle NIE JEST przetłumaczony, on jest napisany od nowa, przy luźnej inspiracji oryginałem. No cóż zrobić...
Motywy powstańcze są wam szczególnie bliskie. Obchody rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego są obchodzone z coraz większą pompą. W jednym wywiadów wspominaliście, że nowy album ma dotyczyć powstania 44. Kiedy i czego możemy się spodziewać po tym krążku?
Owszem, te motywy są nam bardzo bliskie, chociaż mnie zdecydowanie bardziej inspiruje wiek XIX, aniżeli okres II Wojny Światowej i właśnie w tym kierunku będziemy szli. Myślę, że ten album na dłuższy czas zakończy klimaty drugowojenne w naszej muzyce. A z tą płytą to jest taka historia, że na początku miało to być wydawnictwo poboczne, zaledwie czteroutworowe, przygotowane na potrzeby pewnej akcji. Jak to zwykle bywa akcja się przeciągała i ostatecznie nic z niej nie wyszło, szkoda zresztą gadać. Przez ten czas płyta rozrosła się do utworów ośmiu i taka pozostanie. Kiedy można się spodziewać? Cóż, zamierzeniem było skończenie jej do końca maja. Wiadomo, co z zamierzeń wyszło. Płyta będzie więc pewnie w lipcu czy sierpniu. Znajdzie się na niej osiem utworów w sierpniowym duchu, w części użyliśmy autentycznych wierszy powstańców pisanych w różnym okresie Powstania Warszawskiego. Album jest ułożony chronologicznie, od entuzjastyczych początków, po dramatyczny zenit walk, aż po upadek powstania - i właśnie te okresy ilustrują poszczególne utwory. Spodziewać się można innego, lepszego brzmienia; przybyło trochę sprzętu, gitary nie brzmią już tak chropowato. Będziemy informować o postępach.;] A jeszcze co do obchodów rocznicy powstania - niestety, w miejscu naszego zamieszkania obchody wybuchu Powstania Warszawskiego są obchodzone w sposób co najmniej godny politowania...
Jak doszło do waszej współpracy z Bunkier Productions? Myśleliście może o jakiejś limitowanej wersji winyli?
Kiedy skończyliśmy nagrywać debiutancki materiał zacząłem rozglądać się za wydawcą. Sęk w tym, że poza Beast of Prey i czymś tam jeszcze nie miałem pojęcia, kto w Polsce mógłby mi to wydać. Pisałem do znalezionego przypadkiem No angels, ale gość nie odpisał; potem trafiłem na stary wywiad z Bunkrem i napisałem do Tomasza maila. Ten zaś zgodził się na wydanie i dalszy ciąg już znasz. Nad winylami nie myślałem, jedyny winyl jaki posiadam to album z pieśniami legionowymi, ale nie mam go nawet na czym odtworzyć. Prędzej pojawią się kasety, bo bardzo lubię ten nośnik. Ktoś kiedyś chciał nawet wydać na taśmie któryś album, ale ostatecznie nie wiem na czym stanęło.
Dosyć kategorycznie odcinacie się od "bajania o starej Europie". Od niepamiętnych czasów toczy się dyskusja gdzie tak na prawdę znajduje się Polska. Jak widzicie tożsamość kulturową Rzeczpospolitej? Na słowiańskim Wschodzie, łacińskim Zachodzie, niemieckiej Mitteleuropie?
Rzeczpospolita u szczytu swej potęgi była państwem ogromnym, w którym stykało się wiele kultur (tylko, że wtedy zjawisko to nie wyglądało tak jak dziś na Zachodzie). Podobnie bywało i później, wystarczy spojrzeć choćby na Kresy. Polska to specyficzny kraj, w którym spotyka się (a może raczej przeplata) kultura słowiańska i łacińska, obydwa te aspekty uwydatniają się w mniejszym lub większym stopniu na różnych polach. Mimo wszystko jednak, dla mnie Polska to bardziej Wschód niż Zachód, zwłaszcza że pojęcie "Zachodu" ma dla mnie dość pejoratywny wydźwięk. Straszliwym błędem i zaślepieniem jest odwieczne parcie Polaków na Zachód; zawsze przynosiło to więcej złego, niz dobrego, a sam Zachód nie bardzo chciał (i wciąż nie chce) Polskę uznawać za "swoją". Prowadzi to do absurdów, kiedy to polską kulturę utożsamia się z "wieśniactwem" i "zacofaniem". Poniekąd stąd też wywodzi się to nasze odcinanie od "bajania o Starej Europie". Nie czuję związków z tamymi krainami, Polska kultura jest oryginalna i wciąż świeża, w odróżnieniu od umierających kultur zachodu. A im dalej na wschód - tym lepiej i zdrowiej.
Bardzo dziękuję za wywiad, trzymam kciuki za nowy album i waszą dalszą działalność. Na pewno na Szarej Flaneli pojawią się recenzje albumów Ludoli. Jakieś pożegnalne słowo do wszelkich stanów Najjaśniejszej?
Również dziękuję za wywiad i dobre słowo, działalność na pewno będzie kontynuowana. A stany Najjaśniejszej... niech pozostaną jej wierne! Ludola na bandcamp
6/07/2013
Rekonwalescencja
W trakcie przygotowywania nowego wpisu wpadłem na takie oto zdjęcie. Ranni cesarsko-królewscy żołnierze dochodzą do zdrowia (czytając gazetę i paląc papierosa) pod matczynym okiem siostry. Musicie przyznać, że wizerunek pielęgniarki uległ w ostatnich latach lekkiej zmianie...
Nowy wpis już za kilka dni. Tymczasem zapraszam do polubienia i udostępniania Szarej Flaneli na facebooku.
5/27/2013
W poszukiwaniu króla, czyli dlaczego nie pisać książek o swoich ulubionych pisarzach
W powieści W poszukiwaniu króla. Powieść o Inklingach cudownym artefaktem nie jest Graal tylko włócznia, którą przebito bok Chrystusa. Relikwia ta jest znana także jako "Włócznia Przeznaczenia". O tym, że dwaj młodzi bohaterowie pochodzący z USA: Tom i Laura będą szukali Włóczni przeznaczenia i pomogą im w tym profesorowie czytelnik dowiaduje się już z opisu z okładki. On - zuchwały młody naukowiec, zbierający materiały do książki o realności króla Artura, typowy Amerykanin, agnostyk; Ona- cicha, tajemnicza, wierząca. Jak pewnie się domyślacie nie zabraknie początkowego odrzucenia zalotów Toma, zmiany jego podejścia do mitów i w końcu wątku miłosnego.
Akcja dzieje się w czasie II wojny światowej, więc w poszukiwania artefaktu muszą także włączyć się depczący amerykanom po piętach naziści. Tolkien i Lewis oczywiście chętnie pomagają w poszukiwaniach, w między czasie tocząc z Tomem krótkie rozmowy, po których ten nawraca się na chrześcijaństwo. Kilka lat temu przed maturą czy w trakcie sesji lubiłem przeczytać sobie opowiadania o Indianie Jonesie. Opowiastki te są oczywiście wtórne, jednak czyta się je bardzo szybko, ze względu na wartką akcje, ciekawe "tajemnice" oraz samą postać archeologa w brązowym kapeluszu. Fabuła W poszukiwaniu króla ma taką samą konstrukcję, też czyta się ją bardzo szybko, ale za mocno żenuje przewidywalność i zakończenie. Książkę mogły by uratować ciekawe portrety bohaterów, bardziej teologiczne podejście do tematu relikwii i chrześcijańskich apokryfów, jednak tak się nie stało. Tom i Laura są płascy jak okrągły stół króla Artura, bardzo stereotypowo przedstawione są relacje Anglików z Amerykanami. Widać, że autor starał się oddać koloryt spotkań Tolkiena i Lewisa w pubie "The eagle and Child", dokładnie opisując np. manierę mówienia Tollersa (jak profesora Tolkiena nazywali przyjaciele), jednak nie wyszło to przekonująco. Najzabawniejsze jest to, że uznani już przecież naukowcy bez zająknięcia się postanawiają pomóc jankesom a nawrócenie Toma następuję po jednej rozmowie (autor nawiązuje tutaj do całonocnej rozmowy Tolkiena z Lewisem, po której ostatni nawrócił się na chrześcijaństwo).
Nie pisałem już bardzo dawno, w sumie to Szara Flanela chyba już nie żyje. Pewnie z tego zaniedbania zebrało mi się na to krytykanctwo. Oczywiście,że książkę da radę przeczytać, ale chyba tylko fanatyków Tolkiena( do których zasadniczo się zaliczam) może ona poruszyć.
Jest deszczowe popołudnie 27 maja, za parę tygodni zacznie się sesja. Jeśli masz dużo nauki a zapału tyle co zazwyczaj w czasie sesji sięgnij po powieść Downinga W poszukiwaniu króla, jest to odpowiednia książka na taką okazję. No chyba, że masz pod ręką jakieś opowiadanie o Indym...
David C. Downing, W poszukiwaniu króla. Powieść o Inklingach,wyd. eSPe, 2011.
2/19/2013
V/A - We bring you a king with a head of gold (Cold Spring 2010)
"In seed time learn, in harvest teach, in winter enjoy" - William Blake, The Marriage of Heaven and Hell
Zdawać się mogło, że "szara flanela" umarła, ale jej zapach nie zwietrzał! Trzecia część folkowej serii cenionego labelu Cold Spring od dwóch poprzednich wyróżnia się głównie kolorystyką okładki. Na dwóch krążkach nie znajdziemy niczego, co mogło by zaskoczyć słuchaczy wcześniejszych wydawnictw z tej serii. Tradycyjnie jest bardziej folkowo niż neofolkowo, a obok takich marek jak Tony Wakeford prezentują się projekty, o których ciężko znaleźć cokolwiek.
Na pierwszej płycie uwagę zwracają przede wszystkim: Drohne, Barron Brady, Wyrdstone oraz wspomniany już Tony Wakeford.
Na drugim dysku wyróżnia się Rattlebag, żeński kwartet z Hastings, miły powiew brytyjskiego folku lat 60-tych przynosi ze sobą Jennifer Crook. Składanka "We bring you..." nie jest odkrywcza, nie ma tu niczego, czego by nie było na poprzednich częściach, jednak album ma dwa bardzo mocne punkty. Pierwszy z nich to The Hare And The Moon, drugi zaś Ruby Throat. Pierwszy projekt pochodzi ze Szkocji i bardzo umiejętnie łączy brzmienie mandoliny i bębnów z typowym dla angielskiego folku wokalem. Zespół jako źródła inspiracji wymienia obok Sol Invitus czy The Owl Service Black Sabbath, twórczość Williama Blake'a, C.S Lewisa oraz Lewisa Carolla. Ruby Throat to pseudonim Katriny Jane Garside, znanej z indie rockowego zespołu Queenadreena. Co ciekawe pani udzielała się wcześniej w klimatach noise rocka. Jestem skłonny powiedzieć, że Ruby Throat nie pasuje do tej składanki. Jedynym wspólnym mianownikiem łączącym te ciepłe, kobiece dźwięki oscylujące w stylistyce indie z omawianą składanką jest aura tajemniczości, którą roztaczają wszystkie kolejne płyty z solarnym motywem... Polecam zapoznać się z twórczością tej na jej myspace, bo potrafi zaskoczyć także bardziej rockowym wcieleniem.
Album "We bring..." polecam raczej fanom poprzednich części, chociaż każda okazja jest dobra, żeby prześledzić rozwój brytyjskiej sceny folkowej/neofolkowej. Płytę nabyłem tak jak wszystkie poprzednie części Tutaj
2/11/2012
Les Sentiers Conflictuels & Andrew King - 1888 (2006)
Spotykałem się z pozytywnymi opiniami o tym albumie dawno temu, ale jakoś nie mogłem do niego dotrzeć. Kiedy pojawiła się okazja nie zastanawiałem się długo i od razu go kupiłem. Zgadzam się, że album jest podobny do słynnej absinthe: la folie verte Blood Axis i Les Joyaux De La Princesse.
Andrew King kolejny raz daje popis swoich możliwości modulowania głosu. W pierwszym momencie było nawet ciężko poznać, że to on. King jako Kuba Rozpruwacz, bo to on jest "bohaterem" tego krążka wypada bardzo przekonująco. Szepty przemieszane z chorym śmiechem na prawdę dają nam do zrozumienia, że mamy do czynienia z psychopatycznym rzeźnikiem.
Za warstwę dźwiękową odpowiada zupełnie nieznany mi Philippe Kam z Les Sentiers Conflictuels. Philippe jest mieszkającym we Francji studentem medycyny, wietnamsko-francuskiego pochodzenia. Kto by się lepiej nadawał do tworzenia płyty o Kubie Rozpruwaczu niż student medycyny...
Przesłuchałem ten album kilka razy i za każdym razem odkrywam w nim coś nowego. Mocną stroną tego dziwnego tworu są teksty bazujące na listach Kuby. Naturalnie teksty te są recytowane w języku angielskim, ale czasami "bulgotanie" Rozpruwacza - Kinga utrudniają ich zrozumienie.
Album jest bardzo ładnie wydany przez francuskie wydawnictwo Athanor i może stanowić perełkę kolekcji. Jak zawsze zachęcam do zakupu (płyta pojawia się na allegro), tymczasem polecam znalezione w necie mp3
Subskrybuj:
Posty (Atom)
