9/18/2013

Menuo Juodaragis XVI (23-25.08.2013) - Koncerty



W drugim wpisie poświęconym Menuo Juodaragis 2013 pochylam się nad koncertami. W tym roku organizatorzy zaprosili kilku legendarnych muzyków, których jednak legendy do końca nie rozumiem. Fire+Ice i Changes to podstarzałe gwiazdy, których zasług dla neofolku nie sposób podważyć, luksemburska kapela ze stolicą Włoch w nazwie to z kolei dla wielu słuchaczy najważniejsza kapela ostatnich lat. Nie będę opisywać chronologicznie wszystkich koncertów, które widziałem. Skupię się na tych, według mnie najważniejszych, co wcale nie oznacza, że najlepszych...

Na tegorocznej edycji MJR najbardziej cieszyły mnie koncerty elektroniczne. Od kilku lat chciałem zobaczyć OBSRR na żywo, ale udało mi się to dopiero teraz. Koncert tego solowego projektu odbywał się w leśnej scenerii, około północy. Kameralna atmosfera, światła i dym, które otulały mnie całego, na przemian tuląc do snu, to znowu rozbudzając sprawiły, że ten koncert zapamiętałem najlepiej. Zero "didżejskiego" nadęcia, bardzo fajne wizualizacje, przywodzący na myśl post punk/cold wave wokal, dużo transowych, zapętlonych dźwięków niepozbawionych melodii. Tak w kilku słowach opisałbym twórczość OBSRR, z którą gorąco polecam się zapoznać.


Drugim elektronicznym projektem, który mnie poruszył jest znana i lubiana na Litwie Vilkduja. Było to moje drugie spotkanie z tym projektem na żywo. Przyznaję, że na Menuo Juodaragis 2011 POPO dał bardziej żywiołowy koncert. Mimo to, doskonale bawiłem się podczas kilkudziesięciu minut tych wspaniale rytmicznych, połamanych dźwięków przeplatanych zaangażowanym śpiewem i recytacjami w języku, którego nie rozumiem lub w ogóle nie istnieje. Vilkduja doprowadziła mnie do podrygiwania, czy wręcz tańca, co osoby mnie znające wiedzą, jest zadaniem karkołomnym.


Changes. Zespół legenda. Przed pojawieniem się informacji, że wystąpią na Menuo znałem ich raczej z nazwy. Koncert podobnie jak w przypadku OBSRR odbył się na małej scenie. Dwóch sympatycznych siwych panów, jeden gra na gitarze, drugi śpiewa, czasem śpiewają razem. Na scenie dymią kadzidełka, zupełnie pod nią jeden wyjątkowo wierny fan skanduje "Changes", "the best" itd... Robert Taylor co jakiś czas tłumaczy sens swoich utworów. Chciałem zostać do końca, ale pod namową kompanów zdecydowałem się na inne atrakcje związane z nocnym, festiwalowym życiem. Na koniec dodam, że panowie z Changes grają od 1969 roku i sprawiają wrażenie bardzo sympatycznych facetów. W końcu to nie ich wina, że lepiej się ich słucha w domowych zaciszu.


Bardzo podobna kapela do Changes, ale jednak z zupełnie inną ekspresją to Fire + Ice. Najbardziej cieszy mnie, że w ogóle widziałem ten koncert, dlatego, że panowie nie koncertują jakoś szczególnie często. Uwagę zwracał na pewno wokalista, Ian Read, nieruchomo śpiewający kolejne utwory traktujące o runach, mistyce, magii i tym podobnych sprawach. Ubrany w marynarkę i jasny kapelusz wyglądał trochę śmiesznie, trochę przerażająco, sprawiając wrażenie nieobecności na scenie, tylko gdzieś hen daleko w odległych światach pełnych archaicznych tradycji i okultyzmu. Jako fan Sol Invictus nie mogę nie wspomnieć, że Ian Read był członkiem tego zespołu.


Największą gwiazdą tegorocznej edycji miało być ROME. Nigdy nie byłem wielkim fanem tej formacji. Doceniam kunszt literacki ich tekstów, podoba mi się liryczny klimat, ale nie daje się im porwać. Lubię ich największe "hity" z "The Secret Sons of Europe" i "Swords to rust" na czele, ale całokształtem nie potrafię się do końca zachwycić. Myślałem, że zetknięcie się z tym luksemburskim zespołem na żywo coś zmieni w moim podejściu. Niestety nadal pozostaje sceptyczny. Chyba muszę raz jeszcze, ale za to wnikliwiej przesłuchać wszystkich albumów, żeby zrozumieć fenomen tego zespołu. Koncert bardzo statyczny, słaby kontakt z publicznością (ale plus za chęci). Chyba poetyckie teksty "Rzymu" bardziej pasują do nostalgicznej kawiarenki niż zalesionej sceny na małej wysepce na pograniczy litewsko-łotewskim.


Wspominając folkowe koncerty dwie kapele najbardziej utkwiły w mojej pamięci. Pierwszą z nich jest łotewskie Grodi. Ten ryski zespół zajmuje się rekonstrukcją tradycji muzycznych Łotwy, ze szczególnym uwzględnieniem dawnych Inflant Polski (Łatgalia). Oprócz prezentowania muzyki członkowie zespołu przybliżają łotewskie stroje ludowe, zdobnictwo chust itd. Tradycyjne instrumentarium, fałszujące (przez to bardziej autentyczne!) zaśpiewy, widoczna u wykonawców przyjemność ze wspólnego grania bardzo przypadły mi do gustu. Na chwilę obecną Grodi jest "łotewską Kulgrindą", czyli najbardziej znanym przedstawicielem "gatunku".


Gdyby na Menuo Juodaragis przyznawano "nagrodę publiczności" bez wątpienia najczęściej otrzymywałby ją zespół Auli. Po raz kolejny łotewscy dudziarze zdobyli publiczność swoją energetyczną muzyką. Był to jedyny zespół, którego koncert wszystkim moim kompanom tak samo przypadł do gustu. Charyzmatyczny frontman bardzo łatwo nawiązuje kontakt z publicznością, która w odpowiednich momentach klaszcze bądź pokrzykuje. Brodaci dudziarze w średniowiecznych strojach i  dźwięki potężnego bębna przenoszą nas w świat plemiennych wieców, waśni, herosów.


Kończąc tematykę XVI edycji Menuo Juodaragis chciałbym przypomnieć, że wspominałem ten festiwal także na stronie zaprzyjaźnionej Fundacji na Rzecz Europejskiego Dziedzictwa "Patrimonium Europae" oraz wcześniejszą, XIV edycję na łamach szarej flaneli.

8/28/2013

Menuo Juodaragis XVI (23-25.08.2013) - Zimne jezioro, płonąca swastyka i rzemiosło

Kolejna edycja "czarnego, rogatego półksiężyca" za na nami. XVI w ogóle, III w której brałem udział. Podobnie jak dwa lata temu postanowiłem przygotować dwa wpisy. W odróżnieniu do roku 2011 posty nie będą podzielone na pierwszy i drugi dzień tylko według tematyki. Założyłem sobie, że w tym poście opiszę wszystkie atrakcje poza muzyczne, w kolejnym skupię się na koncertach i artystach. Zapraszam zatem do lektury.

Decyzja o wyjeździe na Menuo zapadła dopiero w połowie lipca. Podobnie jak dwa lata temu wybraliśmy się ekipą na dwa samochody. W czwartek po godzinie 20.00 spotkaliśmy się wszyscy na umówionym miejscu i po zapakowaniu się ruszyliśmy z impetem w drogę. Na Litwie trochę się zagapiliśmy, przez co mieliśmy możliwość oglądania przez okna samochodu wyludnionej część tego kraju. Do Zarasai dotarliśmy około godziny 10.00 czasu miejscowego, czyli godzinę po otwarciu bram. Zaparkowaliśmy auta na jeszcze pustym parkingu i poszliśmy rozbić namioty. Ucieszyła nas mała liczba rozbitych namiotów, dzięki czemu wybraliśmy bardzo fajne miejsce, nieopodal lasu. Przez wszystkie dni trwania festiwalu pogoda diametralnie się zmieniała. Deszcz pokropił przez kilka minut, przez chwilę można było się opalać, dominowały jednak chmury. Pierwszej nocy temperatura spadła do 6 stopni, na szczęście byliśmy dobrze przygotowani. W związku z brakiem prysznica kąpieli zażywa się w jeziorze. Mimo mojego sceptycyzmu co do temperatury wody, amatorów kąpieli nie brakowało. Warto dodać, że organizatorzy postarali się o szampon i mydło w płynie, które było wystawione na małych stoliczkach na obu dostępnych plażach.

Stanowiska gastronomiczne oferowały potrawy mięsne jak i wegetariańskie. Oprócz "kociołka rosyjskiego" z Łowicza, który jem na każdym wyjeździe miałem przyjemność zjeść bardzo dobrego kotleta schabowego, w panierce z ziołami. Osobne stanowisko z jedzeniem prowadzili wyznawcy Kriszny. Nie mogłem pozbyć się skojarzeń z Woodstockiem, na którym przecież nigdy nie byłem. Sporo gatunków piwa do wyboru, cena wyższa niż dwa lata temu, ale nadal przyzwoita (6 Lt).


Przebrani w średniowieczne stroje rzemieślnicy prezentowali swoje wyroby a także metody ich wykonania. Pan ze zdjęcia chyba najbardziej zwracał na siebie uwagę, podobnie jak jego równie brodaty kolega, wraz z którym znalazł się na plakacie reklamującym festiwal. Najwięcej ciekawości budziły rzecz jasna kramy z biżuterią. Dominowały motywy solarne w różnych konfiguracjach. Srebro, miedź, bursztyn, drewno. Pokazy rzemiosła cieszyły się sporym zainteresowaniem, chętnie próbowano swoich sił w garncarstwie, dmuchaniu szkła, tkaniu krajek. W warsztaty najmocniej angażowały się dzieci, tworząc ozdoby ze słomy.

Tematem przewodnim XVI edycji Menuo Juodaragis było litewsko-łotewskie braterstwo. Oprócz kilku wykładów poświęconych wspólnym wątkom kulturowym obu narodów oraz występów łotewskich kapel, które i tak występują co roku temat ten nie był eksponowany. Mimo rosnącej liczby gości zza granicy wykłady nadal odbywają się tylko w języku litewskim. Wyjątkiem była prelekcja Roberta N. Taylora z zespołu Changes poświęcona kronice neofolku.

W sobotnią noc zapłonęła sporej rozmiarów swastyka wykonana ze słomy. Scena ta bardzo przypominała celtycki rytuał znany z filmu "Wicker Man". Bębny, taniec z ogniem i archaiczne śpiewy stworzyły naprawdę niesamowity klimat. Palenie swastyk kojarzy mi się raczej z nazistowskim podziemiem, na festiwalu nie widziałem jednak hajlujących łysoli. Co ciekawe kilka osób chodziło w koszulkach z podobizną znanego komunistycznego mordercy, Ernesto Che Guevary. Przed wyjazdem zastanawiałem się, czy nie spotkają nas jakieś nieprzyjemności w związku z pogarszającymi się stosunkami polsko-litewskimi. Na szczęście nie dało się odczuć jakiś antypolskich czy innych ksenofobicznych nastrojów.

Bardzo mi się podoba, że festiwal łączy pokolenia i środowiska. Oprócz studentów w glanach na Menuo Juodaragis przyjeżdża sporo rodzin z dziećmi, siwiejących małżeństw z psami, Litwinów, Łotyszy, Białorusinów, Polaków... Nie wspominałem nigdy jeszcze o pewnej kwestii. Festiwal w swojej wymowie jest pogański. Tematyka utworów, zdobnictwo, rytuał otwarcia odprawiony przez Kulgrindę wszystko to jest przesiąknięte wierzeniami przedchrześcijańskimi. Mimo to nie rzuca się w oczy prymitywny antyklerykalizm czy antychrześcijanizm.

XVI edycję uznaję za bardzo udaną, chociaż pozostał we mnie pewien niedosyt związany z potraktowaniem tematyki przewodniej nieco po macoszemu. Większa część mojej ekipy wyjazdowej była na festiwalu po raz pierwszy i wróciła do domu bardzo zadowolona. Organizatorzy udowodnili, że potrafią w sposób ciekawy połączyć zabawę z promocją dziedzictwa kulturowego, wykraczając poza wyświechtaną formę wykładów. Nasuwa się także refleksja o litewskim i szerzej, bałtyjskim patriotyźmie. Podobnie jak w przypadku festiwalowego neopogaństwa, które zamiast atakować chrześcijaństwo promuje swoje wartości i treści, tak patriotyzm zamiast straszyć i nienawidzić zwyczajnie... kocha.



Oficjalna strona Menuo Juodaragis
strona na facebooku

8/18/2013

Rozmowa z Dawidem Hallmannem

Dzisiaj chciałbym wam przedstawić faceta, który połączył rap z folkiem i nie było w tym aluzji do seksu, prowokuje feministki przemówieniami kardynała Hlonda, żyje przesłaniem Pana Cogito i nie jest przy tym bufonem. Mam zaszczyt państwu przedstawić Dawida Hallmana.

Na Twojej stronie można przeczytać, że jesteś muzykiem neofolkowym. Co to właściwie oznacza? Jak oceniasz kondycję polskiej sceny?

Dla mnie oznacza to czerpanie z ludowości, ale w sposób niezobowiązujący w formie. Często wykorzystuję stare melodie, używam ludowych instrumentów, jednak jest to bardzo dalekie od tradycyjnej muzyki ludowej. O wiele ważniejsze jest jednak mocne nawiązanie do przeszłości, do tradycji. Tym jest dla mnie neofolk. Oceny polskiej sceny natomiast się nie podejmuję, bo prócz "Ludoli" nie znam żadnego innego zespołu. Taka prawda.

Jesteś założycielem Towarzystwa Michała Archanioła? Dlaczego akurat archanioł został patronem Towarzystwa? Stoją za tym jakieś fascynację postacią Corneliu Codreanu?

Kiedyś po każdej Mszy Świętej modlono się: "Sancte Michael Archangele, defende nos in proelio, contra nequitiam et insidias diaboli esto praesidium...". To dobry i mocny patron, dlatego postanowiliśmy, że to on będzie nas bronił w naszej walce o Tradycję. Corneliu Zielinskiego znam, niemniej Legion z Rumunii nie był bezpośrednią inspiracją powstania TMA. Jeśli już to podświadomą.

„Celem Towarzystwa Michała Archanioła jest wskrzeszenie dawnych cnót, dawnych wartości, dawnych form, dawnych zwyczajów, dawnych sportów, dawnych pieśni... przede wszystkim zaś Tradycji Rzeczpospolitej - tej bez numerów, zamieszkiwanej przez różne narody, obejmującej tereny od Morza Bałtyckiego po Morze Czarne”. O jakie formy chodzi? Jesteście związani z katolickim tradycjonalizmem? Marzy wam się powrót Kodeksu Honorowego i związanych z nimi pojedynków?

Chodzi o formy bardziej przyziemne, formy kultury materialnej. Nie ukrywam jednak, że dawna liturgia również jest nam bliska. W starym rycie jest tajemnica, czuć tu sacrum o wiele bardziej niż w novus ordo, które zostało pozbawione wielu symboli, a do tego łacinę zastąpiono językiem narodowym. Co do pojedynków, to zdaje się, że Kościół ma do nich negatywny stosunek. Zresztą, w TMA nie potrzebujemy się pojedynkować. Szermierkę traktujemy wyłącznie jako sport.

Szczególnie interesują Ciebie dawne Infalnty. Szukasz także wspólnych kart historii narodów polskiego i łotewskiego. Jak wygląda podejście Łotyszy do naszej historii? Jak współcześni Łotysze są nastawieni do Polski i Polaków?

Łotysze zwykle są pozytywnie nastawieni do Polski i Polaków. Nigdy nie spotkałem się z jakąkolwiek niechęcią. Zresztą, nasi rodacy mieszkający nad Dźwiną uważani są za wyjątkowo lojalną mniejszość, w przeciwieństwie do Rosjan. Łotysze, o ile interesują się historią, zwykle bardzo dużo wiedzą o naszym kraju. Pewno wiedzieliby więcej, niestety nasze państwo nie robi prawie nic, aby popularyzować naszą kulturę czy historię. Z Polską Łotysze mają do czynienia głównie w sklepie, wkładając do koszyka polskie produkty. Choć ich wiedza jest też o tyle większa, że jadąc najkrótszą drogą na zachód, nie sposób ominąć naszego kraju. Dla nas natomiast Łotwa nie jest popularnym kierunkiem.

Zapytałbym Ciebie o to czy Polska przynależy do Wschodu czy Zachodu, ale skoro na swojej stronie deklarujesz się jako „czystej krwi Ślązak” zapytam o Śląsk. Jaki jest Śląsk? Niemiecki, słowiański czy tylko i wyłącznie „śląski”?

Śląsk Śląskowi nie równy. Rok temu w ramach trasy "Pielgrzymstwo Polskie" byłem w Głogówku na Opolszczyźnie. Po raz pierwszy spotkałem się z "problemem niemieckim". U mnie, na południowych obrzeżach Puszczy Pszczyńskiej coś takiego nie istnieje. Owszem, każdy ma rodzinę w "rajchu", ale Niemców pod ręką brak. Na mnie większy wpływ wywarło pogranicze czeskie. Wychowałem się na czeskich dobranockach, do Cieszyna jeździło się na zakupy. Jak byłem mały, to straszono mnie "bebokiem", Karel Kryl śpiewał kiedyś: "Bratříčku nevzlykej to nejsou bubáci...", natomiast moi znajomi z północy Polski nic nigdy o czymś takim nie słyszeli. Ja bardzo długo nie ruszałem się poza Śląsk. Na pierwszym roku studiów zrobiłem jeden projekt kulturalny, który potem zaowocował licznymi wyjazdami i kontaktami. Wtedy zauważyłem sporo różnic. Regionalizmy to piękna rzecz. Te wpływy niemieckie czy czeskie tworzą koloryt. Nie zmienia to jednak faktu, że śląskość jest integralną częścią polskości. Przynajmniej dla mnie.

„Bas w służbie Polsce” to Twój najnowszy album. Czy dzisiejszy antykomunizm lepiej komponuje się z elektroniką niż tak jak dotychczas z gitarą?

Antykomunizm nie powinien być ograniczony formą. BWSP to eksperyment, na który pokusiłem się po przeczytaniu prowokacyjnej tezy, że "hardbass" jest prawicowy. Pomyślałem wtedy: dlaczego polska prawica ma słuchać ruskiej tachniawy, niech słucha polskiej! To założenie było dla mnie wyzwaniem. Nagrałem album. Kolejnych w tym klimacie nie przewiduję. Następny projekt będzie bardziej dub stepowy.

Twój muzyczny hołd dla prymasa Hlonda kojarzy mi się klimatem z twórczością węgierskiego projektu Kriegsfall-U. Jakie grupy/wykonawcy są dla Ciebie inspiracją?

Ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie, bo zwykle inspiracją są dla mnie rzeczy pozamuzyczne. Tym co mnie popchnęło do stworzenia projektu "Prymas Hlond" były kazania uwiecznione na nagraniach z 1946 roku. Podobnie powstały płyty "7 bram oblężonego Miasta" i "Zo". Słowa Hlonda, Herberta czy Zawackiej były największą inspiracją. Nagrywając płyty po prostu rejestrowałem to, co tkwiło w mojej duszy, bez nawiązywania formą do czegokolwiek innego. Nieco inaczej było z "Folkrapem". Tu odwrotnie - na początku była forma. Wiedziałem, że na zachodzie połączenie folku i rapu istnieje. Znałem francuskie zespoły Manau i Basic Celtos. Pomyślałem, że całkiem ciekawie byłoby zrobić coś takiego na naszą nutę. Znalazłem dj'a, który "kupił" ten pomysł i tak powstała płyta "Folkrap" - pierwsza taka w Polsce. Nieco osobną kwestią jest moje granie w ramach TMA. Tutaj faktycznie jest jakaś inspiracja stricte muzyczna - dla mnie bardzo wyraźna, choć niekoniecznie dla słuchacza. Są to: folkowy Stary Olsa z Białorusi i rockowy Daniel Landa z Czech. Moim marzeniem jest połączyć te dwa dość różne sposoby grania.

Jesteś bardzo wszechstronny, zajmujesz się muzyką, grafiką, poezją. Planujesz sięgać po kolejne środki wyrazu?

Swego czasu bardzo dużo rzeźbiłem, chciałbym kiedyś do tego wrócić. Chętnie popracowałbym też koncepcyjnie nad jakąś krótką formą filmową, ale to raczej pieśń przyszłości.

Dlaczego twórczość Herberta jest dla Ciebie taka ważna? Czy nie masz wrażenia, że Herbert stał się częścią naszej „sceny politycznej”? Wiem, że brzmi to dziwnie, ale częściej słyszę słowa jego utworów wykorzystywane do opisywania jakiś wydarzeń czy postaw politycznych niż w odniesieniu do poezji w ogóle.

Nie wiem czy Herbert stał się częścią "sceny politycznej". To zjawisko, o którym mówisz, w gruncie rzeczy dotyczy kilku wierszy zaledwie. Podejrzewam, że mimo wszystko jeśli spojrzeć na poezję Herberta globalnie, to wymknie się ona zupełnie politycznym kategoriom. Nie sądzę by czytali ją tylko i wyłącznie prawicowcy/antysalonowcy. Książę Poetów ma tak wielki dorobek, że każdy znajdzie coś dla siebie i każdy zrozumie na swój sposób. Jak to w poezji często bywa. Dla mnie w twórczości Herberta fundamentalne są dwa wiersze - "Przesłanie Pana Cogito" i "Raport z oblężonego Miasta". Wiele razy podniosły mnie na duchu. Często je sobie powtarzam. Zwłaszcza ten pierwszy, który znam na pamięć. Tkwi w tym utworze jakiś ideał, do którego należy dążyć. "Nie przebaczać w imieniu tych, których zdradzono o świcie", a równocześnie "strzec się dumy niepotrzebnej". Oczywiście inne wiersze też znam i czasem do nich wracam. W Herbercie zawsze ujmowała mnie ekonomia słowa. Tu nie ma niepotrzebnych zdań. Wszystko coś znaczy. To też stanowi intelektualne wyzwanie. Dlatego ja do tej poezji musiałem długo dojrzewać. W liceum zupełnie do mnie nie przemawiała. Wtedy zdecydowanie wolałem Broniewskiego.

Dziękuję za rozmowę oraz życzę dalszej motywacji i sukcesów na wszystkich polach Twojej działalności.

Dziękuję, lub jak to mówią nad Dźwiną - "Paldies".

Oficjalna strona Dawida Hallmanna
Kanał na Youtube

8/05/2013

Gawith Hoggarth Ennerdale czyli mydlanka z krainy jezior

Wpis jest owocem współpracy z trafiką fajkowo.pl której serdecznie dziękuję za przesłanie mi niniejszego tytoniu do degustacji.

Kilka lat temu z dużym upodobaniem spaliłem puszkę tytoniu Samuel Gawith Grousemoor. Szukając informacji o tym tytoniu natrafiłem na informację, że należy do rodziny "mieszanek mydlanych". Przez długi czas myślałem, że nie ma możliwości zakupu w Polsce innej "mydlanki", sytuacja uległa zmianie kiedy w sklepie fajkowo.pl pojawiła się szeroka oferta tytoni ze stajni Gawith Hoggarth.

Na wstępie wypada wyjaśnić czym są mieszanki mydlane. Potocznie nazywa się tak tytonie pochodzące z regionu Lakeland, krainy jezior, gdzie swoje siedziby mają firmy Samuel Gawith i Gawith Hoggarth. Mieszanki te charakteryzują się delikatną, kwiatową wonią. Nie jest to zapach chemiczny, tak jak w przypadku wielu tańszych mieszanek o aromacie wiśniowym czy waniliowym, subtelność pozwala wierzyć w bardziej naturalną metodę aromatyzowania. Zapach z puszki kojarzy mi się z pomadką ochronną, której używam zimą (taka z flagą Norwegii) i skojarzenie to utrzymuje się u mnie od wielu lat. Na koniec należy dodać, że mydlanki zbierają skrajne opinie. Rekomendacją niech będzie fakt, że zasadniczo palę tylko mieszanki angielskie z Latakią, tytoni aromatyzowanych zaś w ogóle. Wyjątkiem są właśnie dziwaczne mieszanki z krainy wielkich jezior.

Jaki jest Ennerdale? Po otwarciu puszki najpierw zwróciłem uwagę na jasne płaty sprasowanego tytoniu (flake), zapach doszedł do mojego nosa dopiero po chwili. W składzie mamy Wirginię i trochę Burleya. Zapach z puszki? Wiosenny, kwiatowy (fiołek?), lekko cytrusowy. Niektóre z rodziny perfumów szyprowych przywołują u mnie podobne skojarzenia.

Rozdrabniam płatek, luźno nabijam fajkę, odpalam zapałkę, zasysam łapczywie powietrze, przybijam żar stopką ubijacza, rozpalone. Od samego początku dym jest stosunkowo (zwłaszcza jak na Wirginię) chłodny, mimo palenia tytoniu aromatyzowanego nie zauważyłem nadmiaru kondensatu. W smaku wirgniowo słodki, gdzieś przebijają się nuty cytrusowej kwaskowatości a zarazem orzeźwienia, oczywiście trochę orzechów i wanilii. Moc raczej średnio-niska, chociaż mam wrażenie, że zawartość nikotyny podkręca dodatek Burley'a.

Na pewno nie jest to tytoń dla zupełnie początkującego fajczarza, ale może być świetnym wstępem do mieszanek mydlanych i ogólnie "ambitnych aromatów". Mimo bycia zadeklarowanym miłośnikiem latakii szczerze polubiłem Ennerdale, który na pewno jest ciekawszą pozycją niż przywoływany na początku Grousemoore. Polecam jako doskonały tytoń na lato, dla palaczy duńskich aromatów jako aromatyczną zagadkę, dla latakiowców ku refleksji, że mieszanka aromatyzowana (nie latakią) może być tytoniem najwyższych lotów.

Wyżej wzmiankowany tytoń możecie nabyć oczywiście na fajkowo.pl.

7/06/2013

"Msza była misterium, którym na pewno nie jest ta nowa msza, to szydestwo" - "Katolicy" Briana Moore'a


Średniowieczny irlandzki klasztor na smaganej wiatrem wysepce. Zachodni kres Europy. Pobożni zakonnicy żyjący modlitwą i ciężką pracą. Surowy irlandzki krajobraz i prości rybacy nie wierzący, że ksiądz na prawdę może spacerować po ulicy bez sutanny. Społeczność tego typu budzi zapewne skrajne emocje - od nostalgicznego westchnienia aż po zarzuty "faszyzmu". W takiej scenerii swoją powieść osadził Brian Moore, kanadyjski scenarzysta i pisarz, znany głównie ze scenariuszy filmowych pisanych dla Alfreda Hitchcocka.

Kościół katolicki "otworzył się na problemy współczesności", msza odprawiana jest w językach narodowych, przodem do ludu, wiele starych tradycji odsyłanych jest do lamusa. Na wyspę Muck, gdzie toczy się akcja "Katolików" owe zmiany oczywiście jeszcze nie dotarły. Nabożeństwa sprawowane przez zakonników w rycie przedsoborowym, po łacinie, ściągają rzesze wiernych nawet z odległej Ameryki. Watykan postanawia wysłać księdza Jamesa Kinsella, żeby przedstawił opatowi klasztoru aktualne stanowisko Kościoła względem liturgii i posłuszeństwa. Ks. Kinsella jest typem księdza, którego zna pewnie większość z nas. Po skończonej mszy odwiesza sutannę do szafy i na tym się kończy jego posługa. Jest przy okazji wielkim zwolennikiem dialogu ekumenicznego, celuje zwłaszcza w zbliżenie katolicyzmu z buddyzmem. Jak łatwo się domyślić klasztor nie chce wyrzec się tridentiny argumentując, że wierni wolą starą mszę, Watykan pozostaje jednak nieugięty. W tym momencie kończy się przewidywalność akcji tej małej książeczki.

Katolicy Briana Moore'a to wcale nie propagandowe i przewidywalne czytadełko. Rzecz jasna, na początku wszystko pasowało mi do schematu. Dobrzy, tradycjonalistyczni, głęboko wierzący mnisi i zlaicyzowany ksiądz- szpicel Watykanu. Myślę, że jest to lektura szczególnie ciekawa dla katolickich tradsów, skłaniająca do refleksji czy sama forma mszy świadczy o głębokości wiary. Mimo ateizmu autora powieść ta nie jest prymitywną nagonką na zakłamanie i hipokryzję ludzi wierzących. Moore ukazuje raczej proces utraty wiary. Przerysowane postacie i średniowieczne opactwo stały się tylko przykrywką do głębszej refleksji na temat kondycji duchowej ludzkości.

Zgadzam się z opisem z okładki, że w mikrokosmosie irlandzkiego opactwa widać dramaty wewnętrznych rozterek Kościoła. Nie zgadzam się z kolei z rzekomą sensacyjnością tej książki, bo tyle lat po Soborze Watykańskim II powiedziano już bardzo dużo o jego wpływie na wiernych. Mam jednak na uwadze, że w 1972 roku, kiedy Katolicy ukazali się drukiem, przemyślenia Moore'a jako osoby nie będącej katolikiem były czymś świeżym. Polecam nie tylko świadomym katolikom i przyjaciołom katolicyzmu, ale także wszystkim wierzącym. W cokolwiek.

Brian Moore,Katolicy, Fronda 2009, ss. 124.

6/17/2013

Powrót gentlemanów.
Wywiad z p. Łukaszem Kielbanem, autorem bloga "Czas Gentlemanów"

O męskości mówi się ostatnio głównie w świetle jej kryzysu. Współczesnemu mięczakowi przeciwstawia się świetnie ubranego przedwojennego gentlemana, kierującego się honorem i szarmanckiego wobec kobiet. W całym zgiełku tego pomstowania o braku klasy i stylu polskich mężczyzn do mainstreamu przebijają się modowi blogerzy. Postanowiłem porozmawiać z autorem Czasu Gentlemanów, najciekawszego z męskich blogów – Łukaszem Kielbanem.

Na pewno Czas Gentlemanów jest czasem przeszłym?

Nigdy nie twierdziłem, że jest przeszły. Początkowo faktycznie nazwa bloga odnosiła się do przeszłości. Pisałem głównie o dwudziestoleciu międzywojennym, a blog był popularnonaukowym serwisem historycznym. Obecnie nazwa zyskała nowe znaczenie. Ten "Czas" wcale nie minął, a na pewno wraca. Można powiedzieć, że teraz "Czas na Gentlemanów".

Przełamuje Pan negatywny stereotyp wyalienowanego naukowca nudziarza- zainteresowanie modą, atrakcyjna medialnie tematyka badawcza, blogowanie. Spotyka się Pan z jakimiś skrajnymi opiniami? Czy jest Pan pomawiany mimo wszystko o życie przeszłością?

Zawsze uważam, że naukowiec, nawet humanista, powinien zajmować się rzeczami, co do których jest pewien, że zmienią one jakoś świat na lepsze. Efekty moich badań wydały mi się nie tylko pożyteczne, ale też atrakcyjne dla osób spoza świata nauki, a że interesowałem się Internetem, naturalną drogą było założenie bloga. To był dla mnie sposób na dotarcie do odbiorców. Naukowców prawie nikt nie czyta, a ja nie chciałem pisać dla hermetycznego towarzystwa. Z opiniami środowiska naukowego praktycznie się nie spotykam. Coraz mniej mnie z nim łączy. Natomiast czytelnicy albo osoby stykające się z moją działalnością mogą mieć problem z zaszufladkowaniem mnie. Otwarcie zajmuję się perspektywą gender, badam konstruowanie męskiej tożsamości, mówię, że mężczyzna powinien być partnerem dla swojej kobiety, a do tego piszę o klasycznej męskiej elegancji, męskich wartościach sprzed dekad, honorze itp. Na tym polu spotykam się ze skrajnymi opiniami.

Co wyróżnia polskiego mężczyznę na tle Europy? Mam na myśli nie tylko czasy nam współczesne, ale całokształt naszych dziejów. Jesteśmy karmieni negatywnymi stereotypami wąsów i sandałów ze skarpetami, na prawdę jest z nami tak źle?

Będąc na stypendium w Hiszpanii dowiedziałem się czym różni się polski mężczyzna od włoskiego i hiszpańskiego - Polacy są bardziej uprzejmi dla kobiet, nie boją się kupować im kwiatów, tańczyć, być romantycznymi. Południowcy wolą być macho i odrzucają wszystko co miękkie. Chociaż pewnie generalizuję. Uważam, że wielką szkodę wyrządził nam komunizm. Jednak nie zapominajmy, że dobrymi manierami, elegancją i zadbanym wyglądem odznaczały się zawsze głównie elity. To mało prawdopodobne, żeby taka była większość społeczeństwa. Z drugiej strony wciąż brakuje nam dostatecznego dobrobytu by być większymi konsumentami, na wzór zachodnich narodów. Bogatsi na pewno ubieralibyśmy się lepiej i bardziej dbali o siebie. Jesteśmy z pewnością ambitni i spora grupa Polaków sięga po coraz lepsze wzorce. Dowodem może być chociażby popularność Czasu Gentlemanów i jemu podobnych serwisów.

Skąd ta cała nagonka na mężczyzn? Czy faktycznie aż tyle bijemy i pijemy? Czy Ferdynand Kiepski zamieni kapcie na loafersy?

Nagonka na mężczyzn to faktycznie zmora współczesnych mediów. Kiedy feministki walczyły o równe traktowanie, trzeba było mocno krytykować. My na to pozwalaliśmy, bo czuliśmy, że mają rację. Z czasem utarło się między innymi powiedzenie, że "prawdziwych gentlemanów już nie ma". Ja z kolei pytam "gdzie te damy?" i nie słyszę odpowiedzi. Przy czym społecznie udzielamy jakiegoś przyzwolenia na nagonkę na mężczyzn, a na kobiety już nie. To pewnie pozostałość po rycerskich gestach. Wracając do nas, uważam, że mamy trochę za uszami, ale gorsze jest to, że nie wiemy co z tym zrobić. Nie potrafimy rozmawiać o intymnych rzeczach, które nas trapią. To ma wiele negatywnych konsekwencji. Na dodatek media, zamiast dawać nam odpowiedź na pytanie "co robić?", wolą atakować. Potrzebne nam są pozytywne wzorce. Trzeba pokazać, że rozmawianie o naszych problemach nie jest niemęskie. To ważna praca nad sobą.

Pisał Pan o polskich kodeksach honorowych zaznaczając, że wiele ich zasad jest nie tylko anachronicznych, ale i niebezpiecznych (pojedynki). Powstanie kiedyś (lub powstał) zaktualizowany kodeks honorowy? Kto w ogóle mógłby taki traktat napisać?

Nasze wojsko stworzyło niedawno taki kodeks, ale wątpię w sukces tej publikacji. Przede wszystkim honor ma sens, jeśli dotyczy konkretnej grupy osób, która swoją pozycję zawdzięcza opinii o niej. Mogła go mieć elita społeczeństwa sprzed czasów demokracji. Chodziło o legitymizowanie swojej władzy przez podtrzymywanie wrażenia o wyższości tej grupy. Dzisiaj jesteśmy wobec siebie równi, więc nie potrzebujemy honoru. Nikt nie kontroluje czy nie plamimy dobrego imienia naszej grupy społecznej. Niestety pozbyliśmy się przy okazji dobrego powodu by cenić sobie niektóre wyższe wartości. Myślę, że w najbliższym czasie nie powstanie kodeks honorowy, który objąłby tak dużą grupę, jaką byli międzywojenni gentlemani. Uważam jednak, że powinniśmy stosować własne kodeksy: ustalać sobie wartości, których przestrzegamy i we własnym zakresie kontrolować siebie. To byłaby taka prywatna wersja honoru.

Czy dandys to metroseksualista a zwolennik szarych garniturów jest retro seksualny?

Nie lubię tych określeń. Nagonka na metroseksualistów sprawiła, że usprawiedliwiamy swoją abnegację modową i nie dbamy o własne ciało. To bardzo źle. "Retro" natomiast brzmi kuriozalnie w połączeniu z "seksualnością". Tego typu szufladki sprawiają, że odchodzimy od zainteresowania stylem. Myślę, że każdy mężczyzna powinien przykładać choć podstawową uwagę do swojego wyglądu. Przesada natomiast nigdy nie jest rzeczą dobrą. Niektórym niestety wydaje się, że strój czyni człowieka. Zdecydowanie wolę źle ubranego, ale dobrze wychowanego mężczyznę, niż pięknego eleganta, ale bufona.

Zajmuje się pan kontrowersyjnymi gender studies. Dla wielu niewtajemniczonych to tylko transseksualizm i prawa kobiet. Mógłby Pan w kilku słowach scharakteryzować główne kierunki badawcze historii męskości? Na gruncie polskim jest Pan raczej pionierem, jak to wygląda w międzynarodowym środowisku naukowym?

Dla mnie gender studies to perspektywa badawcza oferująca niezwykle ciekawe pytania naukowe dotyczące tożsamości, płci i władzy. Faktem jest, że początkowo zajmowały się tym tylko wojujące feministki i ruchy gejowskie. Z czasem jednak okazało się, że ich badania są interesujące nie tylko z politycznego punktu widzenia, lecz także naukowego. Za tematykę płci wzięli się naukowcy nie związani z żadnymi organizacjami i pokazali, że można się tym zajmować mniej subiektywnie (mniej, ponieważ nauka nigdy nie obiektywna). Powstały przełomowe prace, między innymi z zakresu męskości, które ukształtowały też moje spojrzenie na mężczyzn w przeszłości. Bez tego moje prace byłyby płytkie. Moim zdaniem gender brzmi groźnie jako niezależny wątek. Chciałbym, żeby kiedyś nasi naukowcy traktowali go jak zwykły, ważny czynnik w realiach społecznych, jak ekonomię, czy politykę. Wówczas nie trzeba by o nim w ogóle wspominać, tylko robić swoje.

W poprzednim wywiadzie, z członkiem grupy Ludola zapytałem o kulturowe miejsce Polski w świecie. Odwieczny spór czy jesteśmy Wschodem czy Zachodem wcale nie wydaje się dogasać. Polski gentelman, czy ten przedwojenny (obojętnie jakiej orientacji politycznej) czy też współczesny jest człowiekiem Wschodu czy Zachodu? Czy w ogóle na Wschodzie istnieje męska elegancja, czy to domena Zachodu?

Z pewnością wizerunki gentlemana ze Wschodu i Zachodu różnią się między sobą. Zawsze ciągnęło nas na Zachód. Model gentlemana importowaliśmy głównie z Wielkiej Brytanii. Trochę cech pochodzi z Niemiec, ale i Rosja miała spory wpływ. Wydaje mi się, że tworzymy coś swojego, ale bliżej nam do Zachodu niż Wschodu.

Bardzo dziękuję za wywiad i życzę dalszych sukcesów na polu naukowym i publicystycznym. Życzę także sobie i całej naszej męskiej populacji łatwiejszego dostępu do porządnej jakości butów i ubrań, w cenach dostosowanych do naszych kieszeni.
(Pan Łukasz w trakcie zabawy konwencją stereotypowego gentlemana)